W poniedziałek, 22 września, ogłoszony został Dzień bez Samochodu. W Warszawie właściciele aut mogli bezpłatnie korzystać z komunikacji miejskiej i wypożyczyć rower. Sądząc po ogromnych korkach w mieście chyba mało kto przesiadł się do tramwaju czy autobusu. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że komunikacja publiczna nie jest tak dobrze zorganizowana, by rzeczywiście skróciła podróż z domu do pracy i odwrotnie. Kto, kto ma samochód, w deszczu, który w Dniu bez Samochodu siąpił od rana, chciałby  stać na przystanku, jechać zatłoczonym autobusem, przesiadać się do następnego środka lokomocji, by wreszcie dojechać do celu.

Pogoda nie sprzyjała też rowerzystom. Cóż, nawet zawodowi kolarze z Tour de Pologne strajkowali, bo nie chcieli ścigać się w takim zimnie. Poza tym ścieżek rowerowych jest u nas jak kot napłakał. Nie to, co w Belgii czy Holandii, gdzie Dzień bez Samochodu kierowcy głównie spędzali na rowerach. Oprócz tego mogli liczyć na inne atrakcje, specjalnie przygotowane na tę okazję.

Ale kiedy już bez problemów będzie działać komunikacja publiczna, będziemy mieli ścieżki rowerowe, tak jak oni mają, to nasz Dzień bez Samochodu będzie bardziej uroczysty niż ich, tych z Zachodu. Nasze powietrze będzie bardziej czyste, ceny paliw na stacjach benzynowych będą niższe niż u nich, a mimo tego chętnie pojedziemy do pracy tramwajem, autobusem, metrem czy pociągiem. Dzień be Samochodu będziemy mieli przynajmniej raz w tygodniu.